Medialna bomba toksyczna

18 marca 2015 | 08:17

FOT: Hafiz Bastan / flickr (https://www.flickr.com/photos/greenpain/6892941467)

Artykuł 1 prawa prasowego z 1984 roku stanowi, iż prasa korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej. Mimo upływu lat ustawa ta, wielekroć nowelizowana, nadal – na szczęście! – obowiązuje w polskich mediach. I hasłowo służy rynkowi mediów. Jednak nie rozwiązuje ważnych dla mediów spraw teraźniejszości.

Problem bardziej pogłębia konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. W art. 14. ustawa zasadnicza zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Natomiast art. 213 konstytucji, umocowujący w naszym systemie prawnym Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, w pkt 1 mówi expressis verbis: Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stoi na straży wolności słowa, prawa do informacji w radiofonii i telewizji.

Wydaje się zatem, że media w Polsce mają pełną i nieograniczoną swobodę działania. Można rzec: tak jak w państwie dojrzalej demokracji, tak jak w państwie prawa. Czyżby?

Mnie interesuje – a sądzę, że i środowisko ludzi mediów – odpowiedź na pytanie: Co zrobi prokuratura, mając przed sobą obowiązek przyjrzenia się kilku przepisom kodeksu karnego, szczególnie zaś treści artykułu 267 kk, który stanowi o nielegalnych i nieuprawnionych podsłuchach, po które tak chętnie sięgają media? Pomijając względy moralne i etyki dziennikarskiej, jak to może się dziać, iż jeden tygodnik, a za nim rozhisteryzowana całość mediów, szczególnie zaś telewizje informacyjne i tabloidy, od kilku tygodni trzęsą Polską. Więcej: tygodnik wypowiedział – lapidarnie rzecz ujmując – państwu wojnę; trwa bowiem swoisty medialny stan „casus beli” – stan wojny.

*

Jako dziennikarza „starego wydania”, gdzie obowiązywały w dziennikarstwie pewne normy moralne i zawodowe, bardzo ciekawi mnie, jakie stanowisko zajmie prokuratura w stosunku do dziennikarzy tygodnika i wydawcy „Wprost”, ujawniającego w tej formule nielegalnie przeprowadzane podsłuchy.

Organa ścigania z jednej strony mają przed sobą mur przepisów prawnych o swobodach mediów, łącznie z konstytucją państwa, z drugiej zaś arogancką i chciwą władzy opozycję. Czy rzucą państwo jako łup ludziom znanym z niejasnej przeszłości? Jak prawnie umotywują całość?

*

Redaktor naczelny tygodnika Polityka (w numerze 26 z br.), Jerzy Baczyński we wstępniaku pt.Wprost spod stołu”, napisał: Jeśli tygodnikowi „Wprost” uda się doprowadzić do upadku rządu, wcześniejszych wyborówi ewentualnej zmiany władzy w Polsce, redakcja uzna to pewnie za historyczny sukces wolnej prasy, na miarę „Washington Post” z afery Watergate. Ale – hola! – nic w tej sprawie nie jest takie, jak na pozór wygląda. Dzisiejszy spektakularny sukces „Wprost”, zapewniający chwilowy skok sprzedaży i bezwzględne zwycięstwo w rocznychrankingach cytowań, może się zmienić w równie efektowną klęskę”.

*

Powoli opadają toksyczne pyły wzniesione bombą podsłuchową, jednak w społecznej glebie szkodliwe ingrediencje osadzą się na długie lata. Tak jak to stało się za przyczyną innej polskiej przypadłości w historii III RP. Był taki heros, który niewiele lat temu podsłuchowe urządzenia kazał rozstawić nie tylko w swoim gabinecie, ale nawet na gościnnym tarasie, gdzie alkohol lał się strumieniami. A następnie opublikował pijackie gaworzenie swojego gościa w ogólnopolskiej gazecie. Wydarzenie to zapisało się w pamięci Polaków upadkiem rządu i formacji.

*

Przez wiele lat w Polsce „ocenzurowanej” dane mi było prowadzić miesięcznik teoretyczno-polityczny, redagowany z tekstów zagranicznych publikowanych w czasopismach o światowej renomie. W stopce redakcyjnej napisaliśmy, iż tytuł nasz „redagujemy – cytuję – z publikacji zamieszczanych w prasie zagranicznej. Prezentujemy różne stanowiska ideologiczne i polityczne dotyczące węzłowych zagadnień współczesnego świata. Nie identyfikując się z wieloma poglądami lub wręcz się z nimi nie zgadzając, poczytujemy za swą powinność ukazanie całej różnorodności nurtów i kierunków myśli współczesnej… Na końcu każdego artykułu podajemy tytuł oryginału, datę lub numer pisma, z którego pochodzi przekład, miejsce wydania czasopisma…”

Tak prezentowaliśmy się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w okresie stanu wojennego. Podając źródło pierwotnej produkcji, nie mogliśmy fantazjować przy reprodukcji. W kolejnych wydaniach dopisywaliśmy też, iż pismo redagujemy według kanonów rzymskiej prawniczej zasady: audiatur et altera pars – wysłuchajmy drugiej strony…I czyniliśmy to.

*

Zasada ta przyświecała mi osobiście przez wiele następnych lat, jako nauczycielowi akademickiemu w Instytucie Dziennikarstwa UW. I to ją wpajałem moim studentom. Przez lata również sceptycznie odnosiłem się do hasła lansowanego przez wiele osób z naszego środowiska, iż dziennikarstwo powinno być zawodem otwartym. Ostatnie wydarzenia potwierdzają mój sceptycyzm. Chociaż Internet sprawił, że świat – cytując Marshala McLuhanastał się „wioską globalną”, trudno zawód dziennikarza spychać do skansenu.

*

Kim zatem jest dziś dziennikarz? Kilka dni temu zastanawiał się nad tym młody kolega ze Szczecina Michał Urbas, stawiając sprawę w innym kontekście po zredukowaniu roli dziennikarza w TVP do „najemnika”. Organizacje dziennikarskie, których dziś w Polsce jest wiele, muszą pilnie podjąć temat wraz z uczelniami dziennikarskimi kształcącymi młodych ludzi i wydawcami, a przede wszystkim z Sejmem RP. Po to, aby rozwiązać prawnie wiele nabrzmiałych spraw mediów. Czas nagli.

Henryk Zagańczyk

FOT: Hafiz Bastan / flickr (https://www.flickr.com/photos/greenpain/6892941467)

Facebooktwittergoogle_plusmail