Pierwsza biografia Henryka Panasa

20 lutego 2017 | 09:52

Jeden z bardziej znanych pisarzy polskich drugiej połowy ubiegłego wieku, a na pewno najważniejszy twórca Warmii i Mazur doczekał się biografii z prawdziwego zdarzenia. „Parnas według Panasa” to prawdziwa historia życia pisarza, który jako jedyny w powojennej historii regionu tłumaczony był na sześć języków obcych, z japońskim włącznie.

Jako współautor tej książki od razu zastrzegam, że nie jest to uładzona biografia, czyli taka jakich dziesiątki a nawet setki zalega księgarskie półki. Wspólnie z innym dziennikarzem, Januszem Soroką przedstawiliśmy w nim człowieka z krwi i kości, jakim zapamiętano go za życia i wspomina do dzisiaj. Bez lukrowania i stawiania na piedestał. Z czego Henryk Panas byłby pewnie zadowolony, bo nie lubił lizusów. Choć już nie może odpowiedzieć na kilka wątpliwości i pytania, które pewnie pozostaną w zawieszeniu. Chyba że pojawią się jakieś nowe fakty.

O ile jego dzieciństwo i wczesna młodość spędzona we Lwowie jest dosyć przejrzysta dzięki wspomnieniom pt. „Rozstania”, to w pewnym sensie zagadkowe pozostaje aresztowanie przez NKWD w sierpniu 1940 roku. Wiadomo tylko, że w areszcie „na Łąckiego” siedział 10 miesięcy, został skazany na 8 lat łagru i wywieziony do Workuty w przeddzień napaści Hitlera na ZSRR. Gdyby posiedział tam 2-3 dni dłużej, nie czytalibyśmy dziś jego opowiadań i powieści, w tym słynnego apokryfu „Według Judasza”. Beria wydał bowiem rozkaz likwidacji wszystkich więźniów politycznych, których nie można było ewakuować w głąb Rosji. Tylko w samym Lwowie rozstrzelano ponad 7 tys. osadzonych, także w więzieniu „na Łąckiego” (obecnie – co sprawdziłem osobiście – znajduje się tam ukraińskie Muzeum Pamięci).

Henryk Panas miał szczęście, które po raz drugi uśmiechnęło się do niego niebawem, gdy jak wielu innych polskich łagierników skorzystał z amnestii, by wstąpić do armii Andersa. I tu pojawia się kolejna wątpliwość: prawdą jest, że z kilkoma więźniami uciekł z obozu w Workucie i na rzece spotkał barkę z żołnierzami tworzącej się polskiej armii? Taką historię opowiedział potem swojej córce i jednemu z przyjaciół. Ale nigdzie jej nie opublikował, choć już po jego śmierci ukazały się wspomnienia „Jak mi było u Andersa”. Wynika z nich, że do Andersa dostał się jak wielu innych, zawiłą, ale mniej romantyczną drogą.

Sam Henryk Panas nie odpowie już na pytanie, jak i dlaczego powstał mit o jego wielkiej wygranej w Totalizatora Sportowego, za którą miał kupić dom w Olsztynie. Z naszych ustaleń wynika, że sam – jeszcze jako kierownik szkoły w podgiżyckich Kamionkach – tę legendę stworzył, potem w nią uwierzył, a inni chętnie ją powielali. Dziś wystarczyło kliknąć w Google, żeby sprawdzić, że w tym czasie (lato 1955) jeszcze zakładów piłkarskich TS nie było, podobnie jak Toto Lotka i regionalnych gier liczbowych. Totalizator powstał wkrótce, a nikt nie zawracał sobie głowy kilkoma miesiącami różnicy. Biografowie musieli to uczynić.
Nie do końca udało się ustalić motywy wystąpienia Panasa w stanie wojennym, kiedy to 19 stycznia 1982 roku w ogólnopolskiej Telewizji Polskiej poparł gen. Jaruzelskiego. Ściągnęliśmy materiał archiwalny z TVP, lecz wygląda na roboczy, ale główne przesłanie jest jasne: pisarz nawoływał do ogólnonarodowego rozsądku i się tego nie wstydził do końca swego życia (wrzesień 1985). Jednak niektórzy koledzy mieli mu to za złe i z tego powodu spotkał się nawet z ostracyzmem, wyrażanym m.in. wrzucaniem jego książek (głównie „Judasza”) do ogródka przy ul. Księcia Witolda. Nie była to jednak akcja spontaniczna, a jej inicjatora wymieniamy z imienia i nazwiska we wspomnianej biografii.

Tak się złożyło, że w „nowych czasach” o tym pisarzu zapomniano. Jego postawa życiowa, jego agnostycyzm i poglądy polityczne nie pasują do dzisiejszej mody. Dobrze, że uchowała się nazwa ulicy Henryka Panasa na olsztyńskim Pieczewie. Mam nadzieję, że nasza książka na nowo rozbudzi zainteresowanie pisarzem i jego twórczością. Potwierdziła to olsztyńska promocja biografii, którą można zamówić także przez Internet – w Książnicy Polskiej w Olsztynie lub Stowarzyszeniu Społeczno-Kulturalnym „Pojezierze”.

Marek Książek

Facebooktwittergoogle_plusmail